
- Funkcje publiczne wymagają rozmawiania i dyskutowania, a to
właśnie kobiety, bardziej niż mężczyźni, skłaniają się ku dialogowi -
mówi dr Konrad Maj, psycholog społeczny, wykładowca w Wyższej Szkole
Psychologii Społecznej.
Czy Pana zdaniem więcej
jest argumentów za, czy przeciw wprowadzeniu parytetów na listach
wyborczych?
- Trzeba znaleźć złoty środek. Zarówno
zwolennicy, jak i przeciwnicy tego rozwiązania mają rację, sens można
odnaleźć w wypowiedziach obu stron. Badania pokazują, że im bardziej w jakiejś organizacji, czy wspólnocie proporcje płci są do siebie
zbliżone, tym lepiej. Dlatego też najlepsze rozwiązanie to 50 proc. na
50 proc. Obie płcie mają swój odrębny styl funkcjonowania w grupie. W działalności publicznej, w polityce i w samorządach bardzo przydatna
jest umiejętność przyjmowania cudzej perspektywy, współpracy oraz dobra
komunikacja.
Według Pana to raczej kobiety czy mężczyźni
mają lepsze predyspozycje do rzeczowej dyskusji i ugody?
-
To właśnie kobiety mają przewagę w tym zakresie - większą skłonność do
rozmawiania na trudne tematy. Mężczyźni z kolei mają nieco większe
nastawienie rywalizacyjne, mniej skupiają się na relacji, a bardziej na
zadaniu.
Jestem więc za wszelkimi działaniami, jakie mogą
zwiększyć liczbę kobiet w życiu publicznym. Chociaż duża ilość osób
uważa, że nie płeć powinna decydować, a kompetencje. Kłopot polega na
tym, że w życiu społecznym polityk jest postrzegany jako męski zawód,
być może dlatego wiele kobiet nie chce brać w tym udziału.
Może
są jednak jakieś metody, żeby kobiety zachęcić do udziału w życiu
publicznym?
- Wyróżniłbym ich kilka. Z jednej strony
warto prowadzić akcje edukacyjne i promocyjne wśród wyborców na temat
tego, jaka ważna i pożyteczna jest obecność kobiet w życiu publicznym.
Należałoby też tego rodzaju akcje skierować do kobiet, które mogą być
kandydatkami na określone stanowiska polityczne. Mam na myśli
dostarczanie rzetelnych danych na temat tego, czym jest działalność
publiczna, jakie są jej przejawy, możliwości i korzyści.
Przeciwnicy
parytetów uważają, że kobiety same powinny się angażować, że taka pomoc
„na siłę” jest dla nich krzywdząca i wręcz poniżająca.
-
Jeśli mówimy o parytecie, to moim zdaniem takie regulacje powinny mieć
charakter czasowy. Chodzi o to, aby przykładowo w kolejnych wyborach w sposób uprzywilejowany na listach znalazłoby się więcej kobiet, po to,
żeby pokazać społeczeństwu, że mogą sobie one doskonale radzić, że są w stanie działać, być może nawet efektywniej, niż mężczyźni. Jeśli w wyborczej „ofercie” jest mniej kobiet, to chyba jasne, że mają one
mniejszą szansę na zwycięstwo, zwłaszcza, że wiele osób posługuje się
pewnym schematem myślowym „jak polityk, to musi to być kobieta”.
Chodzi
więc o szukanie szansy na to, aby przekonać się, że uczestnictwo kobiet
w życiu publicznym jest ważne, konstruktywne, produktywne i należy je
zwiększać, wybierając właśnie je. W tej chwili jest tak, że kobiety mają
niewiele okazji, żeby to udowodnić.
Czyli ma Pan na
myśli uprzywilejowanie na próbę?
- Raczej umożliwienie
zaprezentowania swojego stylu pracy. Byłaby to pewna szansa, żeby
przyjrzeć się działalności kobiet w życiu publicznym, sprawdzić jak
sobie radzą, kiedy jest ich więcej. Następnie, kiedy ludzie przekonaliby
się, że kobiety doskonale się sprawdziły, parytety okazałyby się być
może niepotrzebne. Może doczekalibyśmy się kobiety-prezydenta…
Myślę,
że byłoby wielu przeciwników takiego rozwiązania, według których
kobiety nie powinny pełnić męskich funkcji…
- Nie jestem
za tym, żeby za wszelką cenę angażować kobiety do zawodów, uznawanych
za typowo męskie, gdyż niektóre z nich wymagają np. znacznej siły
fizycznej, jednak funkcje publiczne wymagają rozmawiania i dyskutowania,
a to właśnie kobiety - bardziej niż mężczyźni - skłaniają się ku
dialogowi. Panowie nastawieni są bardziej na monolog. Mężczyźni chcą też
się pokazywać w lepszym świetle. Niestety obecnie często kobiety w życiu publicznym przyjmują zachowania mężczyzn, być może to nie podoba
się innym kobietom i odstrasza je niejako od działalności publicznej.
Obawiają się, nie chcą być postrzegane jako „niekobiece”.
Społeczeństwo
chyba przyzwyczajone jest do kobiet w domach, kobiet podwładnych, do
tego, że raczej nieliczne kobiety są chętne do działalności publicznej,
do „rządzenia”. Jednak to się już zmieniło. Jak więc zreformować
mentalność społeczną?
- Osoby o konserwatywnych
poglądach mogą powiedzieć, że „kobiety nami rządzą”, to nienormalne.
Kiedyś było przekonanie, że władza to typowo męska specjalność, teraz
mamy panie prezes, panie dyrektor, panie kierownik, mnóstwo jest kobiet w służbach mundurowych. Myślę, że teraz przyszedł czas dla kobiet na
politykę i szeroko rozumianą działalność publiczną. Mentalność zmieni
się, kiedy kobiet będzie więcej w tej sferze i stanie się to normą.
Jak
jednak przekonałby Pan kobiety do tego, że ten czas dla nich nadszedł?
-
Problemem jest według mnie to, że kobiety muszą w to uwierzyć, że jest
dla nich miejsce na publicznej scenie. Trzeba im mówić, że nie powinny
się obawiać, że stracą przez taką działalność coś ze swej kobiecości. A kiedy będzie ich już nieco więcej niż obecnie, część kobiet uzna to w końcu za coś nie tylko możliwego, ale również normalnego, naturalnego
jak ma to miejsce w krajach skandynawskich.
Mam nadzieję, że są w Polsce kobiety, które czują odpowiedzialność za nasz kraj, chcą zmian.
Badania pokazują, że nawet mniejszość jest w stanie wpłynąć na większość
jeśli będzie spójna, konsekwentna i wytrwała. Wierzę, że kiedyś to
właśnie kobiety narzucą politykom swój styl komunikacji oraz podejście
skupione na budowaniu relacji. Albo przynajmniej nieco złagodnieją
kapiące testosteronem debaty.
Dziękuję za rozmowę.
Źródło: samorzad.pap.pl