
Wybory do rad osiedli kosztują miasta tysiące złotych. Niestety, nie dość, że nie wzbudzają one zainteresowania wyborców, to w dodatku brakuje także kandydatów. Czy te wydatki maja więc sens?Rady osiedla to najniższy szczebel w strukturze samorządu. Miasta mogą, ale nie muszą ich powoływać. Zależy to od woli mieszkańców. To jednak właśnie radni osiedlowi reprezentują interesy mieszkańców ze swojej okolicy przed urzędnikami z magistratu, miejskich spółek i innych instytucji. Mogą zdziałać więcej, ponieważ znają procedury i mają własny referat w magistracie.
Ich głównym zadaniem jest opiniowanie między innymi lokalizacji zieleńców, targowisk, placów zabaw, boisk, przejść dla pieszych, sklepów z alkoholem czy przystanków autobusowych. Radni osiedlowi mogą składać skargi na dzielnicowego lub strażników miejskich, jeśli uznają, że ci nie dbają o bezpieczeństwo.
Jednak urzędnicy wyższego szczebla wcale nie muszą liczyć się z ich opiniami przy podejmowaniu decyzji. Rada osiedlowa żadnego przedsięwzięcia nie może realizować samodzielnie, a jedynie poprzez magistrat.
Ponadto jest to praca społeczna. Jedynie przewodniczący rady otrzymuje 220 zł miesięcznej diety. Radni osiedlowi nie promują się też tak jak kandydaci w innych wyborach, czego efektem jest niska frekwencja. Niektóre dzielnice z powodu braku zainteresowania mieszkańców nie mają nawet własnej rady.
Czy więc powoływanie rad osiedlowych ma sens? Gdyby miały one większe kompetencje i możliwości działania, być może i zainteresowanie zarówno mieszkańców osiedli jak i kandydatów na radnych byłoby większe.